Zmarł mój Mistrz i Przyjaciel, prof. Henryk Kiereś. Kurzczy się nasza filozoficzna rodzina, z Wydziału Filozofii na KUL. Pewnie dużo się będzie o Profesorze mówiło, jako o wybitnym przedstawicielu Lubelskiej Szkoły Filozoficznej, o jego dokonaniach w nauce. Tak, są ogromne.
Ale ja dziś myślę o nim jak o tym, kim był w tej filozoficznej rodzinie. Bo tam ani on ani nikt inny nie odzielał tego, co stanowiło wielkośc dokonań w nauce od człowieczeństwa.
Profesor miał życiorys, który zaskoczyłby każdego, kto znał go tylko jako wykładowcę i profesora. Łobuz i nicpoń z Torunia. Zaczynał od szkoły zawodowej. Potem toruńska młodość, kilka historii z milicją, o których opowiadał z takim autoironicznym błyskiem w oku. Mnóstwo tych łobuzerskich historii było. „Profesorze – mówiłem – przecież tyle tego nie mogło się wydarzyć w jednym życiu”. Śmiał się.
Polonistyka otworzyła mu świat literatury, ale to filozofia stała się jego miejscem na ziemi. Filozofował tak, jak się oddycha. Na wykładach nie mówił jak profesor. Mówił jak ktoś, kto żyje tym, o czym mówi. Nie „referował”, raczej wprowadzał w świat, w którym sam żył.. Opowiadał. Potrafił jednym ruchem przejść od Arystotelesa do jakiegoś współczesnego absurdu kulturowego, zawsze z pasją, często z humorem.
Niedawno wspominałem zdarzenie z Zakładu Metafizyki. Siedzą Profesorowie: o. Krąpiec, x. Maryniarczyk, prof Jaroszyński, prof. Wroczyńki Kiereś właśnie i my, młodzi. Biedzimy się nad jakąś ankietą, produktem pełzającej wówczas biurokracji uczelnianej, raportem, który trzeba przedłożyć.. Jedno z pytań brzmiało: Jakie znaczenie prowadzone przez pana/panią zajęciaq i badania mają dla procesu integracji Polski z UE? Profesor Kiereś spojrzał na nas, uniósł brew i powiedział absolutnie poważnym tonem: „Wpisujemy: doniosłe!” I tak wszyscy wpisaliśmy, ku utrapieniu urzędników. Inna anegdota. Jest jakaś konferencja czy sympozjum, Kiereś ma wykład o realizmie poznawczym. Skończył i rozpoczyna się dyskusja. Jeden z profesorów naszego Wydziału nie zgadza się z Kieresiem. Kiereś siedzi przy stole, ten profesor mówi: „Proszę, no proszę, udowodnij istnienie tego stołu.” Na co Kiereś teatralnie odchylił się od blatu i z kamienną twarzą spytał: „Ale jakiego stołu?” Kklasyczne reductio ad absurdum. Pani Profesor Barbara Kiereś — żona, przyjaciółka była dla niego prawdziwym oparciem. Ich dom był miejscem, w którym filozofia naprawdę żyła. W rozmowach, w wychowaniu dzieci, we wspołnym roztrząsaniu filozoficznych zagadnień. Dwoje spośród trojga dzieci, Mateusz i Asia, to dziś doktorzy filozofii.
Nigdy nie zapomnę, gdy moja siostra zdawała na KUL, na psychologię jak jeszcze przed ogłoszeniem oficjalnych wyników Kieresiowie zadzwonili do mnie z radosną wiadomoiścią, ż siostra zdała, że dostała się na studia. Autentycznie się tym cieszyli. Pamiętam też liczne swego czasu wspólne podróże samochodem na trasie między Lublinem a Toruniem i z powrotem. Godziny rozmów. O wszystkim: o bycie, o byciu, o kulturze, o absurdach, o rodzinie, o śmierci, o dawnych czasach. Śmialiśmy się zawsze do łez, bo wytwarzała się synergia poczucia humoru we wspólnocie myśli. Dużo tych wspomnień.
Profesor Henryk nie zabiegał o zaszczyty, nie umiał rozpychać się łokciami w karierze. Swoją pracę akademicką, nauczycielską traktował jak realizację powołania. Teraz rozmnawiałem z Mateuszem, synem Profesora. Powiedział, że pochowają Tatę w jego charakterystycznej marynrce, w której chodził na uniwersytet i w znoszonych butach. Nie lubił kupowac nowych rzeczy i złościł się, gdy mu kupowano. Tak, rzadko widziałem go w garniturze a i tak był to od lat ten sam garnitur.
Jest we mnie ogromna wdzięczność, że mogłem Go spotkać, że mogłem czerpać z Jego wielkości, żmudnej pracy. Zresztą, on się chętnie dzielił tym, czym sam obfitował. Odszedł Profesor Przyjaciel. Jest ból i wdzięczność.
Czasem rozmawialiśmy o wieczności. „Kolego, kolega sobie wyobraża? Czytsta kontemplacja samej Prawdy, samego Piękna. Kolega sobie wyobraża, jaka to musi być radość?”. Ufam, że Profesor nie musi sobie już tego wyobrażać, że doświadcza! R. I. P!
Dodaj komentarz